no to teraz trzymajcie się fani - uwielbiam psychodeliczny pink floyd z czasów syda barretta czyli pierwsze dwie płyty. rogera watersa nie cierpię, uważam go za przegadanego pozera dlatego też z okresu watersowskiego uważam, że najkapitalniejszymi wydawnictwami są... wish you were here i meddle. przykro mi ale dark side of the moon to pseudo-intelektualne nie-wiadomo-co. na the wall są przepiękne fragmenty, cała płyta kojarzy mi się nieodłącznie z wiekiem czrnych swetrów, poszukiwania własnego miejsca w świecie, długich tłustych włosów, nikt-mnie-nie-kocha, nocami spędzonymi z żyletką czyli czymś co jest mi tak obce, że aż śmieszne. i jeszcze dwie płyty - a momentary lapse of reason i division bell. argh, no ludzie to jest dla mnie synonim art-rocka, przepiękne pasaże, budowanie przestrzeni na gitarze gilmoura, potęga bębnów. to jest dokładnie to, czego szukam w muzyce, gdy nie delektuję się alternatywą.
what about you?






