1* DEPECHE MODE - Songs Of Faith And Devotion (1993)
Okres mojej fascynacji DM był stosunkowo krótki, i skończył się gdzieś w przed wydaniem "Exciter". Swego czasu rodzimi 'depeszowcy' wręcz mnie drażnili; wszystkie te przebieranki, pozy, wyćwiekowane na skórach i plecakach inicjały "DM"..uff takie Emo lat osiemdziesiątych
Wydane w 1993 "Pieśni wiary i oddania" to bez wątpienia jedna z najważniejszych, najbardziej klimatycznych i zmysłowych płyt, jakie dotąd powstały a 'In Your Room' to jeden z najgenialniejszych songów wszechczasów. Jeśli ktoś tego do siebie nie przyjmuje, to śmiało może odpuścić sobie czytanie reszty zestawienia, a nawet pociąć się żyletkami w rytm "szlagierów" Mieczysława Fogga lub (wedle uznania) My Chemical Romance .
2* QUEEN - Made In Heaven (1995)
Świadome muzyczne pożegnanie ze światem wielkiego artysty, jednego z najwspanialszych rockowych(i nie tylko)głosów świata. Jednocześnie najbardziej wysmakowana i jedna z najlepszych w ogóle płyt Queen.
Jeśli ktoś oczekuje rozżalenia i smędzenia o tym, jaki ten świat jest be i płaczu nad swoim losem, to już pierszy utwór sprowadzi go na ziemię. Po krótkim klawiszowym tle ćwierkanie ptaszków, a słowa "It's a beautiful day" w ustach Freddiego niczym nie przypominają modlitwy skazańca. Potem mamy przepięknie zaśpiewany i zagrany utwór tytułowy, 'Let Me Live' ze stylowymi queenowymi chórkami(taka wędrówka w rejony gospel), porywający 'I Was Born To Love You', potem dwa pięknie rozwijające się 'Heaven For Everyone' i'Too Much Love Will Kill You" ze znakomitymi solówkami May'a, urzekający 'A Winter's Tale' - absolutna klasyka.
3* RADIOHEAD - OK Computer (1997)
O ile siła nośna dwóch pierwszych płyt oksfordczyków opierała się na pojedyńczych utworach(Creep; My Iron Lung), to tutaj mamy już do czynienia z doskonałą całością, niemal godzinnym monolitem. Oczywiście rozróżniamy tu momenty, które zabijają po pierwszym uderzeniu (Paranoid Android; Karma Police; No Suprises) i te działające z opóźnionym zapłonem, ale nie wpływa to w żaden sposób na gólną ocenę tego arcydzieła.
4* PJ HARVEY - To Bring You My Love (1995)
Tu miałem spory problem. Ciężko wybrać do zestawienia jedną tylko pozycję kobiety, której dyskografię charakteryzuje bardzo wysoki i równy poziom artystyczny, a zarazem zauważalna odmienność stylistyczna poszczególnych wydawnictw. Żeby zachować pewną obiektywność i zasadę 'pierwszego ciosu', powinienem postawić na debiutancki "Dry", ale jeśli komuś zdarzyło się, choć raz przepłynąć z otwartymi ustami przez porażający klimatem i brzmieniem "To Bring You My Love" - zrozumie mnie.
5* THE PRODIGY - The Fat of the Land (1997)
Drażnią mnie ludzie zaliczający muzykę szacownych prodziży do wytworów 'pi****nej ery techno'. Nie rozumiem też 'znawców' przebąkujących coś o pomostach łączących gatunki. Sam nie podejmę się zabawy w klasyfikację. Napiszę tylko, że za pomocą elementów zaczerpniętych z różnych odmian muzyki elektronicznej jegomościom z Prodigy udało się stworzyć coś oryginalnego, frapującego i wartościowego nie tylko dla amatorów LSD i rytmicznego podrygiwania w zatłoczonych klubach. "The Fat Of The Land", to w porównaniu do debiutu rzecz dojrzała, kompletna. Muzycy wyraźnie wiedzą tu czego chcą; z pełną swobodą i precyzją operują środkami, z którymi chwilami nieporadnie męczyli się na pierwszej płycie.
6* THE VERVE - Urban Hymns (1997)
Dla zwykłego konsumenta radiowej papki pierwsze skojarzenie: The Verve = Bitter Sweet Symphony...W sumie nie dziwię się. Sam uwielbiam ten utwór, szczególnie o zachodzie słońca, obserwując przez tylną szybę samochodu oddalające się kontury miejsca, w którym pozostawiam wszystko to, co kocham i czego nienawidzę.
Ale mówienie o "Urban Hymns" jak o płycie jednego utworu byłoby niewybaczalnym grzechem i ignorancją, bo dalej mamy nie mniej urokliwe 'Sonnet','The Drugs Don't Work', 'Lucky Man' czy 'One Day', z pasją wykonany 'The Rolling People' czy niedalekie od trip-hopu 'Catching The Butterfly' i 'This Time'. Naprawdę świetny, równy album.
7* MASSIVE ATTACK - Mezzanine (1998)
Wiem, że pierwsza była "Blue Lines" z niezapomnianym 'Unfinished Sympathy', ale to właśnie na "Mezzanine" 3D z ekipą w pełni nawiązali do swej nazwy brzmieniem muzyki. Uwielbiam ten wolno rozwijający się motyw 'Angel' zarzynany regularnie jako podkład w zapowiedziach kolejnych gównianych produkcji telewizyjnych...notorycznie też ulegam czarowi głosu Liz Fraser płynącego w 'Teardrop' i zabójczo kontrastującego ze ścianą dźwięku w 'Group Four'. Od "Mezzanine" można się uzależnić znacznie szybciej i głębiej, niż od innych wydawnictw tego nurtu - stąd najwyższa pozycja wśród reprezentantów trip-hopu.
8* THE CURE - Disintegration (1989)
Zaczyna się monumentalnie od pięknego syntezatorowego motywu w 'Plainsong', w połowie utworu Smith zaczyna śpiewać:""I think it's dark and it looks like rain...and the wind is blowing like it's the end of the world...and it's so cold it's like the cold if you were dead" i już wiadomo, iż rzeczywiście będzie o dezintegracji. "Disintegration" to obok nagranego niespełna 10 lat wcześniej dżojdywiżynowego "Closer", najbardziej chyba porażająca smutkiem płyta popełniona w UK i podobnie jak "Closer" tworząca piękną, integralną całość.
9* TRICKY - Maxinquaye (1995)
Można przytoczyć stare powiedzenie: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Podobno Tricky pożegnał się z kolegami z Massive Attack w dość niemiłych okolicznościach. Rozwód ten okazał się jednak zbawienny dla obu stron. Tricky szybko nagrał solową "Maxinquaye", a Massive trzy lata później wydali znakomitą "Mezzanine". Debiutancki krążek Tricky'ego to jedno z najbardziej nasyconych erotyzmem (a wręcz perwersją) wydawnictw, jakie trafiły do mojego odtwarzacza. Sporo sampli, motywów zapożyczonych od innych kompozytorów; ale wszystko znakomicie poskładane, doprawione elektroniką i podane w taki sposób, że szczęka opada. Atmosfera jest tu chwilami tak gęsta, że nożem można ją kroić.
10* OASIS - (What's the Story) Morning Glory? (1995)
Nie lubię The Gallagher Brothers. Nie znoszę tego ich pozowania na The Beatles lat 90-tych. Wkurza mnie ich nonszalancja na pokaz, zarozumiałość, pretensjonalne grzywki i to emanujące od nich przekonanie o tym, że tworzą coś nadzwyczajnego. Podczas, gdy tak naprawdę śpiewają o pierdołach w rytm wtórnej do granic przyzwoitości muzyki. Nie wiem doprawdy, co ci wyspiarze w nich dostrzegli... ja poza kilkoma sympatycznymi numerami z w.w. albumu (Don't Look Back In Anger;Morning Glory; Some Might Say) nie znalazłem w ich twórczości nic o wartości większej niż najsłabsze nagrania ekipy Lennona. No, ale większości mają rację... "Morning Glory?" sprzedała się znakomicie i zainspirowała setki kolejnych podrabiaczy 'Czwórki z Liverpoolu' a radiorozgłośnie potrafiły po kilkanaście razy dziennie katować słuchaczy dźwiękami koszmarnego "Wonderwall"
____________________________________________________
11. The Chemical Brothers - Exit Planet Dust (1995)
12. Kate Bush - The Sensual World (1989)
13. My Dying Bridge - Turn Loose the Swans (1993)
14. Marillion - Brave (1994)
15. Gorillaz - Gorillaz (2001)
16. Placebo - Without You I'm Nothing (1998)
17. My Bloody Valentine - Loveless (1991)
18. The Stone Roses - The Stone Roses (1989)
19. Iron Maiden - Seventh Son of a Seventh Son (1988)
20. Kula Shaker - K (1996)
21. Pink Floyd - The Division Bell (1994)
22. The Levellers - Levellers (1993)
23. U2 - Achtung Baby (1991)
24. Portishead - Dummy (1994)
25. Blur - Think Tank (2003)
26. Arctic Monkeys - Whatever People Say I Am, That's What I'm Not(2006)
27. Sneaker Pimps - Splinter (1999)
28. The Cranberries - No Need to Argue (1994)
29. Judas Priest - Painkiller (1990)
30. Catatonia - International Velvet (1998)
Pisać, besztać, komentować...jak trza - gromów nie żałować!
Rozruszajmy trochę tę widmową część forum, bo dramatem już zalatuje.




