siamese dream, adore i mellon collie. te trzy (no cztery płyty na upartego

) cedeki zabijają po prostu. świetny skład, pomysłowość i niszczące utwory.
teraz mam hopla na punkcie adore bo ava adore, daphne descends czy appels + oranjes to przykład geniuszu komozytorskiego billy'ego corgana.
gish mi nigdy nie podchodził.
a na mary star of the sea zwan były chyba trzy przyjemne niezobowiązujące kawałki - yeah, desire i lyric. te 14-minutowe epickie wypociny w tytułowcu są objawem przerostu formy nad treścią. płyta więcej niż słaba
solowy corgan pod postacią futureembrance też mi nie przypasował w sumie. cholernie odtwórcza rzecz.