przez [nieaktywny] malk » 21-10-2005, 22:40
tej, ty chyba jakiś matematyk jesteś, że potrzebujesz konkretów i nie jesteś w stanie zrozumieć pewnej prostej gombrowiczowskiej zależności "jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca". well, trudno, do takich też trzeba dotrzeć. od razu mówię, masz do czynienia z człowiekiem, który siedzi w muzyce niezależnej i alternatywnej od zarania dziejów i gloryfikuje muzyczne dzieła z półki 'agaetis byrjun', 'spirit they're gone, spirit they've vanished', 'mount eerie', 'loveless' czy 'ocean beach'. to tylko 5 przykładów, więc nie są one miarodajne totalnie, biorąc pod uwagę stojącą dwa metry ode mnie szafę z płytami i ilość godzin poświęcaną na odsłuchy.
zacznijmy od początku, był okres w moim życiu, który teraz uznaję za porażkę mojego marnego jestestwa, jakim była fascynacja prog-rockiem. i dream theater chłonąłem. najbardziej ten wczesny, images & words i awake (sentyment do space dye vest mam do tej pory) najbardziej. kiedyś tam hen hen kupiłem sobie jeszcze za 30 zeta scenes from a memory i mimo nieznośnej produkcji oraz stężenia patosu wykraczającego poza moje pojmowanie, podobało mi się. fajny pomysł na historię, (jeszcze wtedy) nienajgorsze pomysły, kombinacje. i nawet mi pasowało to duszenie kota labrie w regression. no, po prostu wszystko pasowało.
na six degrees of inner turbulence zrozumiałem jak bardzo brakuje tym gościom kevina moore'a. na takim awake słychać, że ktoś kapelę trzyma za mordę. a tutaj hulaj dusza, rozpasanie i swawole. no cudownie panie petrucci, że setki dźwięków na sekundę produkujesz, zmieniasz co chwila tempo, popisujesz się karkołomnymi solówkami - szkoda tylko, że ilość tych dźwięków wprowadza mnie w stan czystej kurwicy. i możesz mówić co chcesz, ale na six degrees najlepszym kawałkiem jest solitary shell. a wiesz dlaczego? bo jeden jedyny raz zagrali utwór z dystansem, z jajem i na dodatek zapodali przyjemny motyw. wiesz, ile w muzyce znaczy potęga hooku? polecam 'silent alarm' bloc party, nie wiem, 'fever' kylie minogue, obu płyt hot hot heat. no i labrie się sprawdza znakomicie. jeszcze urocze solówki. no po prostu wstrzelili się idealnie. ale to jest jeden utwór w zalewie mrok-post-grunge zorientowanego prog-metalu i soundtracku do filmów disneya.
octavarium zbacza z drogi train of thought (czyli zbioru dziwnych dźwięków, które do mnie totalnie nie trafiają. jeśli ktoś potrzebuje podpowiedzi to powiem, że korn jest dla mnie niesłuchalny, może ktoś pojmie paralelę), z tym, że jak na moje czułe ucho to droga regresywna.
nie wiem, gdzie, ale ja mam ciągle nieodparte wrażenie, że panik attack gdzieś słyszałem. nosz obsesyjne poszukiwanie. co mi z newsa portnoya, chwalącego się w wywiadach, że dream theater nie robi prób przed nagraniem płyty, tylko od kopa nagrywają, skoro pomysły się ulotniły? autentycznie, poza świetnym motywem klawiszy w these walls imho na octavarium nie ma żadnej możliwej do selektywnego wyłapania melodii. ja tam nie słyszę muzyki, tylko precyzyjnie dobrane syntetyczne dźwięki. wszystko jest wyliczone, dobrane tak, żeby przypadkiem za głośno nie było (to jest casus 'with the tides' south - produkcyjna sterylizacja instrumentów doprowadziła do powstania konfekcyjnego produktu najwyższych lotów, który umilać ma czas studenckiej braci tych bogatrzych i bardziej trendy w knajpach pokroju cafe republic). no i smutne jest też to, że kolejny raz nie mogę słuchać głosu pana labrie. alergia. ani barwa, ani timbre, ani jego dzielne wyprawy za półton do mnie totalnie nie trafiają (to już tylko kwestia gustu). a korzyści z fałszowania to odkryła już dobre dwa lata temu nowa scena dance-punkowa z rapture czy lcd soundsystem na czele.
próbując reasumować, octavarium mnie nudzi i w pewnym momencie zaczyna bawić. dużo dźwięków, mało muzyki. za ciężkie to (pod względem ilościowym, bo nie martw się, panzerdivisionmarduk to jedna z moich trzech ukochanych metalowych płyt - obok filosofem burzuma i the angel & the dark river my dying bride). nie liczy się ilość ale jakość, prawda?
dobra kończę póki co, bo spać mi się chce.