the car is on fire
and there's no driver at the wheel
transgresja: etym. - łac. transgressio 'przejście' od transgredi 'przekraczać'
jedni mówią o tym 'sięgnąć nieba', inni 'doznać katharsis'. jedno jest pewne. godspeed you! black emperor przkroczyli pojmowanie muzyki w ogóle. stworzyli dzieło synkretyczne, przepełnione duchem ameryki. gapię się na księżyc. pełnia była wczoraj. człowiek patrzy w ciemne niebo i czas płynąć zaczyna innym tempem, razem ze sprężynującymi progresjami, delikatnymi talerzowymi zagrywkami, pasażami smyków, czterema minutami ciszy, kołysankowymi cymbałkami, narastającym napięciem gitarowego jazgotu, akcentami dęciaków, melodią graną na kobzie nakładającą się na słowa kaznodziei.
and the flags were all dead
at the top of their poles
Wyciągnąłem z kieszeni pomięte zdjęcie, światło zapalniczki rozświetliło na chwilę mrok. Polaroidowa dziewczyna miała krótkie, tlenione włosy, stała z założonymi rękami z zawadiacko przekrzywioną głową. W głowie grała mi jakaś smutna piosenka południa rozpisana na skrzypce i banjo. nieprawdopodobna płyta. nie, co ja mówię - przeżycie, doznanie.
the skyline was beautiful on fire
pojawiają się głosy. pojawia się pociąg. skrzypce, gitary, perkusja, dzwonki, kilka instrumentów dętych, elektryczne klawisze, śrubokręty (bo tylko na tym się gra w kanadzie), bas, wzmacniacze, 8 osób z montrealu i zwykłe-niezwykłe studio.
i said 'kiss me, you're beautiful'
f#a#oo. (infinity). absolut.
i open up my wallet
and it's full of blood.
powiem wam, że ciężko mi mówić o (infinity). bo to moja płyta życia. tak jak likipiki wyznaje 'horses in the sky', ja uważam 'f#a#oo' za wytwór mający w sobie pierwiastek boskości. a najśmieszniejsze jest to, że cząstkę geniuszu udało im się przelać na inne swoje nagrania. nieważne, że dwupłytowy 'lift your skinny fists like antennas to heaven' jest "tylko" płytą genialną (więcej się dzieje, ale mnie trochę nuży), że 'yanqui u.x.o' to stylistyczna wolta, że slow riot new zero kanada to tylko pół godziny muzyki - te płyty niosą w sobie coś tak niesamowitego, nieopisywalnego.
tak samo jest z a silver mt. zion. te same osoby (cała scena montrealska skupia około 30 osób związanych z najróżniejszymi projektami), nieco inna poetyka. ale też niesamowite rzeczy. niezapomniane komunikaty radiowe i fortepianowy nokturn otwierający płytę o najdłuższym tytule ever (he has left us alone but shafts of light sometimes grace the corners of our rooms), całkowicie masakrujący motyw lekcji baletu (prowadzonej przez... polkę) i niesamowity motyw gitary na this is our punk-rock, czy totalnie psychodeliczna forma protestu przeciwko bushowi zamknięta w klezmersko-skrzypcowo-oniryczno-chorej oprawie na 'horses in the sky'.
kurwa, ileż tam się w tym montrealu dzieje. chcecie reminiscencji pink floyd przepuszczonych przez kanadyjskie postrzeganie melodii, dostajecie muzykę kolektywu hrsta, psychodeliczne brzmienia nu-age'u i odnajdywanie melodii w szumie wody proponuje shalabi effect, schizofreniczne, zimne pejzaże serwuje set fire to flames, atomowo mocne, cieplejsze brzmienie zapewnia fly pan am, esmerine lokuje się gdzieś na wysokości smyczkowych impresji (z jedynym wyjątkiem opisanym przeze mnie w podsumowaniu płyt 2005 roku). starsi słuchacze pamiętają jeszcze labradford. na uboczu działa sklecony przez ludzi z arcade fire bell orchestre. a w toronto gra do make say think, powiązany bardzo muzycznie z ekipą z zachodu.
are you ready for what's coming?
ready as i'll ever be.





