Wygrzebałem dopiero teraz, ale wywiad oczywiście jest pewnie z 2005 roku.
Naszą siła są ludzie
Wierzę, że można coś zrobić i wiem, że warto. Sam jestem dowodem na to, że wywodząc się z rodziny patologicznej, można coś osiągnąć, można stać się gwiazdą. Rozmoa z managerem i basistą KSU Pawłem "Prezo" Tylko.
Jak doszło do powstania KSU?
KSU powstał po II wojnie światowej... w 1977 roku. Nazwę przyjęto rok później, z czego się bardzo cieszymy, bo obchodziliśmy 25-lecie dwa lata, a to jest bardzo fajne.
Jak większość kapel, powstał z przyjaźni. Ludzie z różnych kręgów spotykają się, słuchają wspólnej muzyki, interesują się wspólnymi sprawami i tak też było z KSU.
A z czyjej inicjatywy?
Założycielem zespołu był "Bohun". Siczka nie lubi o tym mówić, ale to właśnie Bohun był pierwszym wokalistą KSU.
Skąd wzięła się nazwa grupy?
W 78 roku dochodzi do zmian tablic rejestracyjnych. Chłopaki wracali z próby, "narąbani". Siczka zobaczył samochód i mówi - "o tak się nazwiemy KSU". Stolicą województwa było Krosno, powiatem Sanok, a gminą Ustrzyki Dolne.
Wiele osób zastanawia się, co znaczy KSU, próbowaliście kiedyś rozwinąć ten skrót?
Tak! Kurwa sami Ukraińcy, kocha szanuje uwielbia, itd. My najczęściej mówimy Klub Sportowy Ustrzyki...
Czym była "Wolna Republika Bieszczadzka"?
Jest to coś, co przetrwało do tej pory. Chłopaki dbają o Bieszczady, piszą kroniki. Wiadomo, że była akcja z harcerzami, którzy niszczyli, co się dało, a że chłopcy byli "juszni", to się z nimi napierdzielali... Dawniej do ZHP wstępowało się z przymusu, chociaż ja na znak protestu wstąpiłem do ligi morskiej.
Jak pierwszy raz zetknęliście się z punk-rockiem?
Przez radio, Radio Luksemburg, Radio Wolna Europa. Grało się cover'y Sex Pistols, Wire, bo ciężko było zagrać np. Led Zeppelin, a to było łatwe. Po prostu banał
Czy KSU miał jakiś wpływ na poglądy młodych ludzi w czasach PRL-u?
Tak! Głownie dzięki tekstom, które były rewelacyjne. Wpłynęło to na bardzo dużą liczbę ludzi. Grając niedawno na "Punk Rock Later" w Katowicach, szef policji powiedział nam, że jak idą na "kiboli", to krzyczą "Idź pod prąd"!
Na mnie też wpłynął, gdy ich słuchałem, czułem, że oni dają mi wiarę, że coś można zmienić...
Jak trafiłeś do zespołu?
Z powodów finansowych. Kiedyś zajmowałem się organizacją koncertów. Była regresja, prawie każdy koncert był "do tyłu", Siczka jako jedyny zszedł mi z ceny. Powiedział "Podzielmy się stratą...". Gdy to usłyszałem opadła mi szczena, nie mogłem w to uwierzyć. Nabrałem do gościa niesamowitego szacunku. Tak się zaprzyjaźniliśmy, potem zostałem managerem zespołu.
Często dochodzi do zmian składu, czym to jest spowodowane?
Siczka to trudny człowiek. Jest alkoholikiem, często to mówi w wywiadach, aczkolwiek walczy z tym. Oprócz tego KSU nie przynosiło dochodów, managerowie ich ruchali, a trzeba było za coś żyć...
Co możesz powiedzieć o najnowszej płycie KSU?
Pewien człowiek napisał o niej "Manifest zwykłych ludzi". Gdy czytałem jego recenzje miałem łzy w oczach.
Rewolucja! Czerwona okładka, na niej głośniki z tarnowskiego stadionu żużlowego mówią same za siebie. Co do tytułu, to wyszła mała kłótnia z Siczką, bo on chciał ją nazwać "Kto cię obroni Polsko", ja się uparłem na "Nasze słowa" i wyszło na moje. Wszystkie teksty były skrupulatnie czytane. Dokonując oceny, doszukiwaliśmy się w nich własnych interpretacji. Tak powstawała ta płyta, po prostu... nasze słowa.
Jak długo trwały prace nad tą płytą?
Zaczęliśmy dokładnie 8 lipca, pamiętam, bo pierwszy dzień miałem prawo jazdy. Pod koniec grudnia była wojna w zespole, Jasiu powiedział "Kurwa, nie wytrzymam, mam dość, ja już nie robię tej płyty...", wtedy zaczął się pewien dramat. Ale w sumie to pierwsza płyta po długich latach, którą zespół nagrał taką, jaką chciał.
Jak widzisz waszą przyszłość na rynku muzycznym?
Teraz jest lepiej, dużo się gra i nie ukrywam, że można z tego wyżyć. Do płyty jednak trzeba dokładać, głównie z powodu piractwa. Sporo tez kosztuje promocja. Teraz dużo koncertujemy. Gdy gra się dziesięć, jedenaście razy dziennie pod rząd, to niekiedy nie daje się rady, to boli, bardzo boli. Ale czy na widowni są trzy tysiące osób czy sto, to nieważne, liczy się czad.
Czasem podchodzę do Siczki na scenie i mówię "To, co na kolana?", a on na to "Na kolana!".







