przez Nikodem15 » 28-08-2006, 19:07
Recenzja z Independent.
KSU w Poznaniu
Tym razem miałem kaprys się nie spóźnić…
7.04.06r CK Zamek. Gościem Allegranie zespół KSU – legenda polskiej sceny punk-rockowej. Bez żadnych supportów, tylko oni i poznańska publiczność. Godzina 20.00 punktualnie niczym w szwajcarskim zegarku, wkraczam na teren Zamku. Ponownie mnie nie ma na liście, ponownie wchodzę na słowo…
Wbiegam po schodkach prowadzących ku sali kinowej, tym razem powiedziałem sobie, że nie opuszczę początku. No i się nie zawiodłem. Moje oczy ujrzały tłum różnej maści gapiów, którzy wpatrywali się w przysłowiowe „malowane wrota” sali koncertowej, które były zamknięte i pilnowane przez ochronę.
15 min. czekania, w końcu drzwi zostały roztwarte i gawiedź wlała się do środka. Tutaj też niespodzianka. Wszystko rozświetlone, brak muzyków. Na środku panel sterowniczy, który wyglądał niczym reżyserka. Poczułem się jak na planie jakiegoś filmu, brakowało tylko okrzyku „akcja”. No nic, trzeba czekać…
Przy okazji zaobserwowałem pewną scenę: Niedaleko mnie ustawiła się pewna rodzinka, do której podszedł ojciec z córeczką. Normalny ojciec, normalna córeczka. Gdy zebrani zapytali tatusia, dlaczego przyprowadził ze sobą tę młodą damę, z dumą w głosie odpowiedział: „Niech się osłucha z czymś dobrym” ..i właśnie jak na zawołanie w tym momencie z ust jakiegoś punka stojącego pod sceną na cały głos poleciało: ”no dalej kurwa!!, napierdalać!!”... pomyślna inicjacja - pomyślałem.
20.30 na scenę wychodzi oczekiwane KSU - czwórka kolesi pod 40, którzy może prócz Siczki nie wyglądają jak ludzie, którzy mieli swój znaczny udział w historii polskiej sceny rockowej, sprawcy punkowego zamętu. Ot tacy tatusiowie.
Światła zgasły i się zaczęło. Na początku myślałem, że ten koncert będzie totalną klapą. Jakieś słabe nagłośnienie, ledwo można było zrozumieć, o czym mówi do nas wokal. Jednak już od 2 numeru zaczęło się ożywiać. Pod sceną rasowy kocioł. Wielbiciele takiego grania dopisali. Irokezy falowały w tłumie i pod sceną. Niejednokrotnie zdarzało się, że ktoś z publiki wbiegał na scenę, z której musiał zaraz ratować się skokiem w kłębowisko pobratymców, bo już w jego kierunku podążał żandarm, w sensie ochroniarz, żądny krwi.
Zabrzmiały „największe hity” mówiąc pop-językiem:. „pod prąd”, „jabolowe ofiary”, „moje Bieszczady”, „dziwne drzewa” – śpiewane wraz z publiką i wiele innych. Siczka w koszulce „antyradia” co rusz, to przyklękał, to wręcz kładł się na scenę wyłuskując riffy ze swojej gitarki.
Dopiero po kilku numerach dotarło do mnie, że ten ich zdziadziały image jest zwodniczy. To tylko upływ czasu, tak naprawdę w środku są tymi samymi witalnymi, pełnymi ignorancji i buntu młodzieńcami, którzy zaczynali wojować ponad 25 lat temu. Serca wypełnione muzyką, to dało się odczuć. Ludzie, którzy od 25 lat wiedzą o co w tym wszystkich chodzi, ich koncert nie może być klapą.
Krótko - bo trochę ponad godzinę grali nasi punkowie. Ale w końcu byli sami, a wiadomo na stare lata… żartuje… było rasowo!.
Łukasz Dolata, [08.04.2006]
...krzyk tysięcy gardeł, światła, wielki szmal - już nikt nie chce zmieniać świata, czegoś tylko żal...
Kult - Malta 2005 (nie ja wrzucałem, ale informuję. Pełen koncert, świetna jakośc.)http://www.megaupload.com/?d=NCWCANEW